Wyprawa pod patronatem
Konsulatu Generalnego Islandii w Gdańsku i Konsula Generalnego w Polsce Stanisława Laskowskiego
10.06.2011
Wyruszamy z 3 - godzinnym opóźnieniem, w Chrzanowie okazuje się że zapomnieliśmy gazowej kuchenki - wracamy. Ponownie rozpoczęta podróż przebiega bez kłopotów, w okolicy Wrocławia piękny zachód słońca, przy autostradzie widzimy dużo drapieżnych ptaków. Teraz już noc, do granicy z Niemcami w Zgorzelcu zostało 10 km.
11.06.2011
Nocny i "gładki" przejazd autostradą przez Niemcy i Danię. Nie należy jeździć
na pamięć, port Hanstholm z którego wyruszały 2 poprzednie wyprawy po przyjeździe wydaje nam się jakiś wymarły, okazuje się że prom odpływa obecnie z innego portu o podobnie brzmiącej nazwie Hirtshals, 120 km dalej ! Natychmiastowa decyzja i minimalny zapas czasu pozwolił z dużymi emocjami zdążyć na odprawę. Prom wypływa 30 min. przed planowanym czasem. Na pokładzie samochodowym przeważają auta terenowe z wyprawowym osprzętem. Płyniemy - zmęczeni, na pokładzie upał, wieczorem wesoło -pasażerowie to w większości niemieccy emeryci, śpiewają chóralnie skoczne piosenki. Pogoda psuje się, słońce pojawia się dopiero przed zachodem, cudem przebijając się tuż nad horyzontem przez całkowicie zachmurzone niebo.
12.06.2011
Nadal płyniemy. Pogoda zmienna ale fotogeniczna, w okolicy Szetlandów sesja z głuptakami, szybują tak blisko promu że nie mieszczą się w kadrze. Fotografuję "krzesełkowe" martwe natury i podróżnych.
Dopływamy do Wysp Farerskich, wokół wysokie klifowe wybrzeża. Wita nas gęsta zabudowa Toshavn, tuż po zjeździe z promu ruszamy w głąb achipelagu, jest szansa na dobre popołudniowe światło. Myszkujemy z bardzo skromną mapką, badamy wszystkie dostępne drogi, w każdym miejscu jest malowniczo i nie brak tematów. Pierwszy nocleg w namiotach nad zatoką z rozległym widokiem na sąsiednie wyspy.
13.06.2011
Dziś cały dzień na Wyspach Farerskich. Znakomita pogoda, ciepło, zielono do bólu. Fotografujemy dzikie gęsi z pisklęami, owce z jagniętami i konie ze źrebiętami. Kwitną kaczeńce, wiosna tu się dopiero zaczyna. Szczególnie spodobały się nam dwie letniskowe chatki w kształcie piłek futbolowych. Domki są wystawione na sprzedaż - cena wywoławcza to równowartość średniego mieszkania w centrum Krakowa. Pięknie tu niezwykle, za miasteczkiem szumią małe wodne elektrownie. W jednej z wiosek natrafiamy na lokalne święto - mieszkańcy pod gołym niebem nie zważając na siąpiący deszcz tańczą w kęgu i śpiewają tradycyjne pieśni. Po chwili pełne słońce, góry "dymią" co 30 sekund można robić nowe zdjęcie, dynamika niezwykłych układów chmur sprawia że nie możemy się od kilku miejsc uwolnić.
14.06.2011
Bardzo udany zdjęciowo dzień, odwiedzamy mikroskopijne wioski - porty, pogoda... każda z możliwych, finał dnia wysoko w górach ze świetlnym spektaklem. Nie tęsknimy za Islandią, tu jest rewelacyjnie!
Dziś od rana klify, po drodze broniąc swojego terytorium wściekle atakują nas wydrzyki olbrzymie - aparat służy jako tarcza, kilka razy zaskoczony obrywam, podobnie aparat, na szczęście niegroźnie. 6 klatek na sekundę to za mało aby złapać wydrzyka w momencie ataku i zdążyć jeszcze cało uskoczyć. Na szczycie najdalej wysuniętych na północ klifów - upał, na niebie różnorodność światła i gatunków chmur. W przepaści, w spienionym morzu kamienna brama i skalne ostańce opanowane przez kolonie mew. Fotografujemy cały dzień, popołudniem w ciągu 10 min. pogoda gwałtownie załamuje się i zmusza do powrotu. Późnym wieczorem piechotą przechodzę kilkanaście kilometrów w poprzek wyspy. Obserwuję zaskakująco długi wieczorny spektakl światła zachodzącego słońca.
15.06.2011
Płyniemy. Tuż po opuszczeniu Torshavn czuć mroźny powiew północy, w powietrzu zapach ryb, wyspy jak zwykle "dymią". Zimno i ponuro, nie żal płynąć dalej, nasyciliśmy się wyspami wystarczająco, światło dopisało. Przed nami nasz właściwy cel - Islandia, jutro o 7.30 mamy być w Seydisfjordur.
Przegląd sprzętu, nowe super terenowe buty polskiej firmy po pierwszym kontakcie z niewielkim deszczem "puszczają" próbuję zaradzić spryskując je impregnatem.
16.06.2011
Dopływamy, różnica czasu w stosunku do Polski + 2 godz. Na szczytach charakterystycznych poplasterkowanych i piramidalnych gór, dużo śniegu, pasażerowie na chwilę wyskakują na pokład, robią zdjęcia i znikają. Mocno wieje, Islandia wita nas chłodno i mało przyjaźnie.
Po 10 min. w Sedisfjordur już słońce. Celnicy mamy wrażenie dyskryminują Polaków, jako jedni z nielicznych zostaliśmy skontrolowani. Zapas jedzenia minimalny, alkohol w normie, papierosów brak. Generalnie kontrola bez zastrzeżeń, czyżby pomogło pismo z konsulatu ? W celnej wiacie pada akumulator, wypychamy auto, ratuje nas austryjak, odpalamy z jego akumulatora, taki początek podróży nie rokuje najlepiej. W Egilsstadir wymieniamy pieniądze, robimy zakupy i obowiązkowa wizyta na przywarsztatowym składzie samochodowych wraków oryginalnych marek kórych znacznie przybyło od ostatniej wizyty w 2006 r.
Jedziemy na północ, podwozimy bagaże 2 słoweńskim rowerzystom, szutrową drogą przez góry przebijamy się przez zaspy śniegu momentami wysokie na 6 metrów! W oddali słyszymy schodzącą lawinę. Ryzykowny przejazd pod śnieżnymi nawisami w gęstej mgle dostarcza wielu emocji, widoczność momentami spada do 30m. Żałujemy że w gęstej mgle nie widzimy ani odrobiny otaczających nas gór. Nad morzem fotografujemy skalne bramy i "zwianą" opuszczoną farmę, na wybrzeżu znajdujemy 4,5 metrową martwą rybę. Aby oddać jej wielkość ledwie starczają rozpostarte ramiona naszej trójki.
Na czarnej plaży w wielkiej obfitości zalegają wyrzucene przez morze białe belki syberyjskich świerków. W pobliżu opuszczonej farmy zostajemy na pierwszy islandzki nocleg.
17.06.2011
Dzień rozpoczynamy od rozgrzewającej kąpieli na otwartym basenie z ciepłą wodą. Jedziemy fotografując "Islandię znalezioną", kolejne wraki samochodów, szczątki rolniczych maszyn i konie. Na wulkanicznym lawowisku biała chatka - otwarta dla turystów, zatrzymujemy się na posiłek, uapatrujemy ją sobie na nocleg. Jedziemy do Krafli, z daleka widać kłęby pary ujęć wód geotermalnych. To największe zagłębie czystej energii. Wszystko syczy i buzuje wydając dźwięki podobne do nisko przelatującego samolotu. W rozległej dolinie rozlokowały się futurystyczne i bezobsługowe hydroelektrownie. Nie ma nikogo. Podobnie na turystycznym szlaku, wśród oparów siarkowodoru jesteśmy sami, w kosmicznym krajobrazie możemy zobaczyć prapoczątki Ziemi. Wieczór zimny zaledwie +2 °C. Upatrzona chatka niestety zajęta uprzedzili nas francuzi, rozbijamy namioty.
18.06.2011
Dziś cały dzień w okolicy jeziora Myvatn i polach geotermalnych. Na skrzyżowaniu kiedy fotografuę drogowskazy potrąca mnie cofający kamper, przewrócony z aparatem w ręku i plecakiem wpadam pod koła, w ułamku sekundy udaje mi się uczepić rowerowego uchwytu na tylnim zderzaku, z nogami pod samochodem wrzeszczę, jestemt wleczony ok. 3 metrów. Samochód się zatrzymuje. Uff... wypadek kończy się otarciami, mogło być bardzo dramatycznie, zaistniałą sytuację traktuję jako bardzo poważne ostrzeżenie, na kolejnych etapach podróży czujność odnośnie bezpieczeństawa staje się priorytetem. Na małym cmentarzyku znajdujemy grób z 2007r. w którym pochowano 104-latka! Wreszcie więcej słońca ale temperatura zaledwie +1°C. Po wieczór wizyta w ukształtowanym prze lawę "parku" Dimmuborgir, naturalne łuki, jaskinie i bryły zoomorficzne, samotny spacer i cisza potęguje wrażenie. Drugi nocleg na lawowisku, w chatce z noclegiem znów uprzedzili nas motocykliści, tym razem z Niemiec.
Przez kamienne pustkowie dojeżdżamy do wodospadu Dettifoss, zaawansowane prace drogowe zapowiadają że wkrótce pojawi się tu wygodna dojazdowa szosa. Słoneczne dziury w niebie pozwalają uchwycić w rozpylonej wodzie tęczę. Cierpliwość pozwala fotografować poszczególne detale wydobywane punktowym światłem słońca. Strugi wody zozbite przez bazaltowe kolumny tworzą godne indywidualnego portretu setki odrębnych mini wodospadów. Zadowoleni jedziemy do zapadliska Asbyrgi. Kanion jak wskazują badania powstał w wyniku apokaliptycznej erupcji kaldery Grimsvoton (ostatni wybuch w maju 2011 r.) leżącej poniżej odległego Vatanajokull. Olbrzymia rzeka powstała w wyniku gwałtownie roztopionego lodowca i w ciągu zaledwie 2-3 dni wyżłobiła głęboki na 100m i długi na 3,5 km wąwóz.
20.06.2011
Kolejna opuszczona farma - na piętrze w pustym pokoju stoi tylko łóżko. Wreszcie słońce, idealna pogoda na wielorybnicze safari, bilety po 50 euro - płyniemy z Husaviku. Lokuję się na dachu sterówki. Na morzu zaliczmy pięć wynurzeń okazałego humbaka, przez kilka sekund olbrzym płynie tuż obok naszego kutra. Wielorybniczą wycieczkę oceniam jako przereklamowaną, jednocześnie 3 - 4 kutry zakłócają spokój olbrzymów, szybkie pogonie i zwroty są nieskuteczne, jednak wysoka fala otwartego morza i mocne bujanie daje namiastkę morskiej przygody. Pomimo dobrego światła brakło w pełni wynurzonego ogona, trochę zawiedzeni wieczorem lądujemy w Akureyri. Tuż przed zamknięciem sklepów kupujemy fotograficzne albumy "Moments from Iceland" Johannesa Franka i Volcano Island z ubiegłoroczną erupcją Eyjafjallajokull w roli głównej. W ostatnich promieniach słońca przechadamy się główną ulicą - słynne i opisywane w przewodnikach rondo na którym w każdy weekend tworzyły się sztuczne samochodowe korki, niestety zamknięto! Na szczęście pozostało wspomnienie z 2006 r. - był to jedyny, opisywany w przewodnikach jako szczególna atrakcja samochodowy korek na Islandii. Podobnym zjawiskiem jest sygnalizacja świetlna, którą można spotkać tylko jeszcze w Reykjaviku. Nowością pretendującą do miana wizytówki miasta jest okazała rotunda z elewacją imitującą bazaltowe słupy - godne Akureyri nowoczesne centrum kultury.
21.06.2011
Objeżdżamy malowniczy półwysep trolla Skagi, odwiedzamy Siglufjordur, najdalej na północ położone "miasto" na Islandii, jego atrybuty to port, przetwórnia ryb, kilkadziesiąt domów, bank, kawiarnia i restauracja. Ogólnie sennie i prowincjonalnie. Na mikroskopijnym skwerku dwóch ludzi kosi jeszcze pożółkłe po zimie kępki trawy. Skuszeni tutaj turyści błąkają się wokół skwerka i nabrzeża. Z małej rybackiej plastikowej kapsuły trwa wyładunek ryb. Fotografujemy stary kuter na tle ośnieżonych szczytów, na kempingu ładujemy baterie. Trochę bardziej w głębi lądu zielono, zapuszczając się w jedną z żyznych dolin odwiedzamy Holar w przewodniku określone mianem "Watykanu północy". Osada z prawie 1000-letnią historią i okazałą jak na Islandię kamienną katedrą. Budowę katedry w 1757 r. zlecono polskiemu murarzowi o nazwisku Sabiński. Nadzorując budowę spędził w osadzie 7 lat, w murach katedry pochowana jest jego zmarła tutaj córka. W Hollar znajduje się również Wyższa Szkoła Rolnicza specjalizująca się w hodowli koni - nic więc dziwnego że na okolicznych pastwiskach spotykamy ich setki. Studencki kampus, kameralny budynek szkoły, kilka domów i skromny skansenik to cała miejscowość. Słoneczny chociaż zimny i wietrzny dzień zachęca do kąpieli w uczelnianym basenie z czego nie omieszkałem skorzystać. Nadal bardzo zimno.
22.06.2011
Dziś wyruszamy na obserwację fok i ptaków na półwyspie Vatsnes. Znajdują sę tutaj podobnież największe na Islandii kolonie fok o czym przypominają kuszące drogowskazy. W pełnym słońcu na nieodległych skałach widzimy kilkanaście sztuk, niestety te które harcują w wodzie są bardzo czujne i trzymają słuszny dystans. Wcielamy się w role fotografów przyrody, teleobiektyw i długie wyczekiwanie w ukryciu niestety daje umiarkowane wyniki. Wieczorem ruszamy krętą drogą w odludne zachodnie fjordy. Pojawia się kolejny kłopot z samochodowym akumulatorem, cała rodzina Islandczyków z 4 samochodów stara się nam pomóc. Niestety zapalamy dopiero na "pych", prawdopodobnie padło ładowanie. Uzyskaną pomoc staramy się wynagrodzić uniwersalną walutą - butelką polskiego krupniku, prezent z radością zostaje przyjęty. Z defektem kontynujemy podróż, jednak rezygnujemy z trasy do centrum fjordów zachodnich Isafjordur i wschodnim wybrzeżem malowniczą drogą kierujemy się w stronę Djupaviku. Dziś nocleg z szumem morza w tle.
23.06.2011
Cały dzień fotografujemy w opuszczonej przetworni ryb w Djupaviku znanej m.in z filmu "Heima" - w tej niezwykłej scenerii koncertowała islandzka znana na całym świecie grupa Sigur Ros. Do niedawna była to największa na Islandii budowla z betonu która swoją świetność związaną z obfitością śledzi w pobliskich wodach ma dawno za sobą. Złuszczone mury, porażająca akustyka wnętrza silosów, rdzewiejący przy nabrzeżu wrak tworzą niesamowity klimat miejsca. We wnętrzach urządono tu obecnie skromne muzeum i galerię sztuki, niewielki hotel gości artystów szukających niezwykłych doznań odludności miejsca. We wnętrzu silosu w punktowy świetle fotografuję wytatuowaną miłosnymi wyznaniami Islandkę. Dziś w południe wreszcie odrobina ciepła po raz pierwszy pozwala zrzucić na chwilę ciepłe polary i kurtki.
24.06.2011
Podróżujemy wzdłuż ryftu, pęknięcia kontynentalnych płyt, obserwujemy coraz więcej geotermalnej aktywności, unoszące się w powietrzu białe pióropusze pary wodnej wyznaczają trasę. Kupuję pomidory wychodowane w szklarni ogrzewanej wodą z gorących źródeł - smakują jak nasze. W pustynnym interiorze dojeżdżamy do geologicznego kuriozum - lawowej jaskini. Wielka rzeka chłodząc potok spływającej lawy została uwięziona w podziemnym tunelu o długości prawie 4 km. Dziesięć wejść do jaskini to miejsca w których zawalił się strop. Na kamiennej pustyni spotykamy samotną turystkę z pełnym biwakowym sprzętem. Taki widok nikogo nie dziwi, pomimo licznych przeciwności wielu w ten sposób odkrywa własną Islandię. Pełni podziwu jesteśmy zwłaszcze dla rowerzystów zmagających się z huraganowym wiatrem i codziennym deszczem. Wieczorem fotografujemy gejzer. Na "noc" rozkładamy namiot w pobliżu przykościółkowego cmentarza.
25.06.2011
Od rana kontynuujemy fotografowanie wybuchów gejzeru Stokkur, po pracy kąpiel w odkrytym basenie. W ekskluzywnym hotelu na ścianie olbrzymia fotografia właściciela hotelu w towarzystwie Roberta Planta, który najwyraźniej był tutaj zupełnie niedawno. Po drodze do wodospadu Gullfoss razem z nami galopuje pędzony przez jeźdźców tabun koników islandzkich. Zabawiam się w poganiacza; na trasie galopujących koni staję z rozłożonymi ramionami przekierowywując stado z drogi na pobocze zyskując uznanie jeźdźców. W przeciwną stronę na balonowych oponach podąża kolumna olbrzymich aut skrywających we wnętrzach zamożnych turystów. Nad wodospadem można powiedzieć że jak zwykle światło łaskawie błyska nam w kluczowych momentach. Przejazd przez interior pod Heklę, niestety zamknięta droga w bezpośrednie sąsiedztwo wulkanu, wieczór i psująca się pogoda wyklucza powtórzenie podejścia z 2006 r. Robi się zimno i zaczyna padać. Jemy obiad pod wodospadem Seljaladsfoss. Jeszcze tego wieczora wyruszam na nocne zdjęcia wodospadu. Szarówka umożliwia stosowanie kilkusekundowych czasów naświetlania.
26.06.2011
Wodospad Skogarfoss, wodna kurtyna na krawędzi płaskowyżu - moim zdaniem najbardziej malowniczy wodospad Islandii. Dziś niedziela wielu ludzi spaceruje w pobliżu, przez ponad godzinę przez łany kwitnącego łubinu i odległy most przedzieram się na drugi brzeg rzeki aby pwtórzyć z nowego punktu widzenia najważniejsze zdjęcie wyprawy; malutki samochodzik na tle gigantycznego wodospadu. Zza rzeki krzykiem i wymachiwaniem rękoma "czyszczę" odległy plan z turystów. Marek na dany znak zdecydowaną jazdą ustawia auto możliwie najbliżej pióropusza wodospadu, 3 zdjęcia i znikamy z zakazanej strefy nim islandyczków zdąży opuścić konsternacja niespodziewanej akcji. Jedziemy w stronę Vik deszcz zaczyna padać poziomo, w wichurze fotografuję olbrzymie amerykańskie amfibie służące obecnie turystom do oglądania z morza skalnych bram. Na Atlantyku wysoka fala rozbijając się o skały nie pozwala zbliżyć się do brzegu. Z drugiej strony klifu równie trudna sytuacja, wieczorem przestaje padać i mogę się dosyć ryzykownie wspiąć na klif w pobliże kolonii maskonurów. Ptaki czujnie mnie obserwują nie pozwalają zbliżyć się na mniejszy dystans jak 20m - niestety akuratna przedłużka, telekonwerter został w samochodzie. Obiektyw 300mm to za mało na portret.
27.06.2011
Kierujemy się w stronę wulkanu Laki którego wybuch w 1873 r. był najbardziej katastrofalny w historii Islandii. Zgineło wtedy ok. 9 tys. ludzi i niemal połowa bydła. Droga pod wulkan jest jeszcze zamknięta "zadowalamy" się przepastnym kanionem wyrzeźbionym przez rzekę Fjardrargljufur. Wychodzenie na krawędzie skalnego przełomu dostarcza mocno rozgrzewających emocji. Zbliżamy się do lodowca Vatanajokull na horyzoncie widzimy dziwną czarną mgłę nad nadmorską równiną. Okazuje się że to potężna wichura tworzy trąby powietrzne z wulkanicznego pyłu który opadł na ten rozległy obszar w czasie wybuchu Eyjafjallajokull. Ostry wulkaniczny popiół wciska się wszędzie, przez ok. 10 km. kilka trąb pyłowych tańczy wokół naszego auta. Podjeżdżamy do spływających jęzorów lodowca aby w końcu zatrzymać się nad malowniczą zatoką lodowcową Jokulsarlon. Przed nami ląduje nowoczesny helikopter pilotowany przez jedną kobietę, 8 pasażerów wsiada do podstawionej amfibii aby 20 min. popływać wśród lodowych gór. Szczególni pasażerowie to oczywiście zamożni rosjanie którzy po mrożącej wycieczce pomimo tego że wylądował ponownie helikopter i czeka na ich powrót starannie i niespiesznie do końca dojadają gorącą zupę. Pod wieczór światło tworzy kolejny spektakl, niestety intensywny dzień wyczerpał wszystkie zapasy prądu w akumulatorach, mogę tylko podziwiać krwistą czerwień nieba kontrastującą z błękitem lodowych brył. Ubrany we wszystki ciepłe kurtki i pelerynę gubię telefon co urywa codzienne relacje. Atakują nas ponownie wydrzyki olbrzymie i skutecznie zmuszają do opuszczenia ich terenu.
28.06.2011
Dzień rozpoczynamy od kolejnej przygody. Marek na stacji benzynowej zamiast ropy tankuje benzynę! Kolejna szybka akcja, odjazd na najbliższą górkę i poszukiwanie węża do spuszczenia paliwa, udaje się go pozyskać w budynku szkoły. Zlewamy ok. 20 l paliwa tankujemy do pełana olej napędowy i silnik zostaje uratowany. Dziś dzień relaksu, na malowniczym półwyspie z morską latarnią robimy pranie i spędzamy noc. Brak prądu jest dużą dolegliwością, nie mogę fotografować - zdecydowanie odradzam zakup akumulatorów tanich firm. Zastępczo używam apartu kompaktowego i filmuję. Słoneczne i bezwietrzne popołudnie, rejestruję opuszczone pasterskie szałasy które nie zmieniły się od pierwszej wizyty w 2004 r. Tymczasem obok wyrosła wkomponowana w krajobraz i nawiązująca stylem do szałasów - spichlerzy wysmakowana rezydencja.
29.06.2011
W Hofn w centrum turystycznym ładujemy baterie. Tutejszy sklep badzo skromnie zaopatrzony - dobrze że zakupy pamiątek w postaci oryginalnych swetrów i wyrobów firmy 66 zrobiliśmy w Husawiku i Akureyri, tu pomimo chęci nie ma nic godnego uwagi. Jedziemy wzdłuż wybrzeża wschodnich fjordów szukamy obłąkanego szpitala psychiatrycznego znanego z poprzedniej wyprawy, niestety został zburzony a jego fragmenty znajdujemy po drugiej stronie fjordu w postaci skleconej lichej szopy. Jeszcze wizyta w Eskifjordyr które jeszcze niedawno roiło się od poskich budowlańców - huta już gotowa, Islandczycy wspominają smak naszych trunków. Wieczorem piękne światło, okrążamy sztuczne jezioro w okolicy Egillsstadir, zaskakuje nas stado reniferów z imponującymi porożami. Pogoda psuje się, boczną drogą przez góry fotografując wodospady dojeżdżamy do Sejdisfjordur - zmęczeni czekając na jutrzejszy prom zniechęceni silnym wiatrem i zimnem nie rozkładamy namiotów, spędzmy noc w samochodzie.
30.06.2011
Wjazd na prom bez kłopotów ustawiamy auto za nowiutkim vanem mercedesa, ważne że z hakiem holowniczym i perspektywą skorzystania z pomocy przy zjeździe. Na promie odpoczynek, dużo snu. O godz. 3 nad ranem dopływamy ponownie do Toshavn. Schodzę na ląd po stempel urzędu celnego aby odzyskać z taxfree. Urodziwy farejczycy zapełniają prom całymi rodzinami, zaczynają się wakacje, w czasie wyjścia z portu obserwuję wschód słońca. Na promie poznaję Polaków, kolejne puszki piwa napędzają rozmowę jesteśmy ciekawi siebie wzajemnie, rozmowy przeciągają się do kolejnego wschodu słońca a kończą zamknięciem baru.
01.07.2011
Dopływamy do Hirtshals, właściciele auta przed nami to para belgijskich emerytów, mówią po polsku, miła pani urodziła się w Legnicy i wyjechała jako dziecko, oboje z mężem belgiem kochają Kraków. Auto odpala i pędzimy autostradą w stronę kraju - niestety po 11 km alarmuję że w z autem coś nie tak, w chwili gdy zaczynamy zwalniać do 90 km/h odpada ukręcony przedni wał napędowy. Katastrofa, na szczęście nic nikomu się nie stało spychamy auto na akurat szersze tylko w tym miejscu pobocze. Długa debata co robić - decydujemy wezwać pomoc z Polski i dotransportować auto do Szczecina. Laweta może być najwcześniej wieczorem, do kraju 900 km ! Koczujemy kilkanaście godzin przy autostradzie, jest wystarczająco dużo czasu aby piechotą zwiedzć odległe o 6 km miasteczko. Po Islandzkich krajobrazach Dania wydaję sie rajem; ciepło, zielono, wypielęgnowane domki i ogródki, kościółek i cmentarz dopieszczony w najdrobniejszych detalach. Przestronne domy jak smakowite ciasteczka wkomponowane w krajobraz, na pastwiskach higieniczne krowy leżąc przeżuwają aromatyczna trawę. Produkty z małego obficie zaopatrzonego sklepu smakują wybornie. Wieczorem przyjeżdża laweta przesiadamy się do nowego Clio i w komfortowych warunkach gnamy do Szczecina. Wieczorem nie trudno zorientować się że jesteśmy w Polsce. Wąska, dziurawa i brukowana droga przywołuje nas do rzeczywistości po kilkudziesięciu metrach. Szczecin wieczorem w okolicy dworca wygląda dramatycznie, nieciekawe towarzystwo obrzuca się obelgami. Decyduję się wracać pociągiem, Marek zostaje czekajac na lawetę która dojeżdża tuż po nas. W pociągu mało przyjemnie, trudno zmróżyć oko, mam słuszne wrażenie, że podejrzane typy czatują na bagaż. Nad ranem w okolicy Śląska w sąsiednim przedziale dochodzi do kradzieży portweli z damskich torebek. Wezwana policja i obsługa pociągu właściwie nie reaguje, łapie tylko uciekającego gapowicza, z rozmowy z obsługą pociągu okazuje się że to sytuacja codzienna. Tymczasem złodziej bez przeszkód mógł się ulotnić kilkukrotnie na "semaforowych" przystankach. Nikt tym się specjalnie nie przejmuje gdyż nie ma uprawnień, mam wrażenie że najbardziej poszkodowany jest świadek zdarzenia przesłuchiwany przez policjantów i obsługę pociągu - ot polska rzeczywistość.
02.07.2011
Po 12 godz. jazdy "pospiesznym" pociągiem docieram do Krakowa, dostaję wiadomość że Marek i Kasia już od godziny są w domu. W nocy za poradą mechanika przepinają napęd na tylną sprawną oś, do Krakowa docierają o własnych siłach. Kolejna wyprawa pomimo trudności kończy się szczęśliwie - to nalepsza wyprawa ze wszystkich, fotograficznie jesteśmy wielce zadowoleni, dopisało światło i pogoda. Momentami było bardzo ciężko, Islandia to bardzo wymagający kraj tylko dla pasjonatów lub bardzo zamożnych, to próba charakterów i bagaż nowych doświadczeń. Premierę zgromadzonego materiału planujemy w październiku 2011 r. w Krakowie i w czasie 50 Jubileuszowego Pleneru Warsztatów Fotograficznych we wsi Mostki. Zapraszamy.
Pora planować kolejną wyprawę - gdzie ? Oczekujemy ciekawych propozycji od pasjonatów fotografii. Fotografia to główny cel każdej wyprawy. Zapraszamy do wpólnego przeżycia wielkiej przygody !
tekst i zdjęcia Włodzimierz Płaneta
wkrótce zapraszamy do galerii fotografii
W wyprawie udział wzięli:
Nasi partnerzy:
Producent filmu :
Studio filmowe
Uniwersytet Człowieka OGNIK.
Zajmujmy się kompleksową produkcja filmową.
Tematy, które podejmujemy
w szczególności dotyczą człowieka
jako nieskończonego pola kreacji filmowych.
Marek Rowiński - kierowca,fotograf, alpinista, podróżnik. Brał udział w wyprawach w górskie pasma Alp, Pirenejów i Kaukazu, uczestniczył w Wyprawach Warsztatów Fotograficznych na Islandię i plenerach w Wenecji, Pradze i Mostkach. Podróżował do Norwegii i na archipelag Lofotów. Czynnie uprawia wspinaczkę skałkową. Współpracuje z miesięcznikami GÓRY, MAGAZYN GÓRSKI, portalem WSPINANIE.pl. Ulubione tematy fotograficzne: krajobraz i natura.
Ekaterina Kuznetsova - filolog, psycholog. Urodziła się w ZSRR w Leningradzie (obecnie Petersburg). Od 2004 roku mieszka w Krakowie, prowadzi Centrum Języka i Kultury Rosyjskiej "KATIUSZA". W 2010r. odbyła samotną wyprawę na Nordcapp i archipielag Lofotów. Uczestnczka Warsztatów Fotograficznych w Krakowie, plenerów w Pradze 2011 i Mostkach. Ulubione tematy fotograficzne: krajobraz, pejzaż miast, reportaż socjologiczny.